Strony

piątek, 29 maja 2015

Dzień następny - Ateny samochodem i plow

Kolejny dzień - spotkanie ze "znajomym" z FB przesunęło się na dzień następny, ponieważ Misiek miał dziś pomagać przy przygotowaniu plowu (ryż, mięso, marchewka, cebula, czosnek, olej, przyprawy do plowu) - pyszne jedzonko - to dziś wypad do Aten był krótki. Spotkaliśmy się z Grzegorzem (mieszka w Grecji od lat 80-tych). Chcieliśmy iść na Platia Syntagmatos kupić kubeczki - tak kubeczki i to z igrzysk olimpijskich 2000 roku. Tam jest kiosk gdzie można je jeszcze kupić. My jako dzielni piechurzy mieliśmy zamiar pójść tam na piechotę. Samochodu nie da się tam zaparkować. Grzegorz ma bolące kolano i namówił nas do jazdy. I jak było do przewidzenia - postaliśmy w korku, objechaliśmy bliższe ulice i uliczki, wszystko dookoła, udało nam (MI) się wjechać pod Akropol w wąskie uliczki Plaki. Po godzinie bezsensownego kręcenia się w kółko odwieźliśmy Grzegorza do domu. Przyznał, że dał plamę. Nie spodziewał się, że tak trudno z parkowaniem. 
Kubeczków nie kopiliśmy.
Wracając dużo przed czasem, prawie przed wjazdem na obwodnicę zobaczyłam bazar. Myśleliśmy, że to taki mały, lokalny. Myliliśmy się. Była sobota i chyba najdłuższa ulica w Atenach zastawiona była straganami. Szliśmy i szliśmy i końca nie było widać. Mieliśmy nadzieję, że na końcu może będą stragany z owocami, ale nie daliśmy rady tego sprawdzić. Nogi już bolały. Poddaliśmy się. 
I wyobraźcie sobie niczego nie kupiłam. Nic mi się nie rzuciło w oko godnego wydania paru groszy. Chińszczyzna. Tylko przyprawy były tutejsze. 
Powrót już w tradycyjnym korku wyjeżdżających na weekend Ateńczyków. 
A plow był naprawdę pyszny. 

A tu przepis : 


-1 kg pokrojonego na kawałki mięsa z kością. Klasycznie powinna być tłusta baranina, ale wołowina też jest dobra, nawet kurczak ze skórą.Ważne jest, żeby mięso było dość tłuste, poprzerastane.Wtedy potrawa jest smaczniejsza. Uzbecy dodają dodatkowo tzw "kurdziuk", czyli jakby słoninę z zadu barana)).Sorry, ale tej wersji nie próbowałam i chyba nie dałabym rady)))Ale ten "kurdziuk" podobno nadaje właśnie ten niesamowity smak i zapach całemu daniu.

- 2 duże cebule posiekane w piórka

- 4 duże korzenie marchwi pokrojone w długie cienkie słupki(w oryginale wykorzystuje się żółtą uzbecką marchew, ale można też naszą pomarańczową).

- 4 szklanki rozsypującego się ryżu.Nie takiego, jak do risotto. Klasycznie dodaje się ryż typu "lazar", u nas chyba niedostępny. Rosjanie przygotowują plow z każdego)))nawet najtańszego i plow i tak jest wspaniały. Ważne jest jednak, żeby ryż był dobrze przepłukany i najlepiej wymoczony w gorącej wodzie przed dodaniem do plowu.

Tradycyjny przepis każe dawać taką samą ilość mięsa, marchwi, cebuli i suchego ryżu

2 główki czosnku

duży pęk szczypioru

opcjonalnie szklanka namoczonej ciecierzycy

Olej, sól, pieprz, kumin- ta przyprawa decyduje o niezwykłym smaku potrawy, opcjonalnie szczypta szafranu zalana odrobiną wody

Klasycznie dodaje się kilka nasion berberysu, ale ta przyprawa jest w Polsce niedostępna- trochę podobny smakiem jest może jałowiec?Ma lekko kwaśny smak.

Niektórzy dodają do tej proporcji ok 3 łyżek namoczonych dużych rodzynek

Konieczny jest garnek z grubym dnem. Najlepiej żeliwny. 


Najpierw przygotowujemy ryż. Płuczemy go kilka razy, aż woda będzie przezroczysta. Potem posypujemy go dwiema łyżkami soli z czubkiem i zalewamy wrzątkiem. Pozostawiamy na kilka godzin.

Do garnka o grubym dnie wlewamy kilka łyżek oleju. Nie żałować oleju.Wrzucamy cebulę, szklimy, dodajemy kawałki mięsa, obsmażamy razem. W tym momencie cebula zacznie się złocić. Od jej koloru zalezy smak i kolor potrawy.Dodajemy trochę słupków marchwi, smażymy jeszcze kilka minut. Zalewamy wodą lub bulionem lekko ponad powierzchnię. Dusimy 15 minut. Dodajemy resztę marchwi i cieciorkę.Posypujemy solą, pieprzem, kuminem.Obficie. Dodajemy szafran, berberys i ewntualnie rodzynki.Na wierzch kładziemy warstwę namoczonego i odsączonego ryżu.Szczelnie.Woda powinna sięgać na dłoń nad ryżem. W razie potrzeby wody dolać.Teraz na dużym ogniu , w odkrytym garnku, odparowujemy wodę.Ok pół godziny. Robimy w potrawie trzonkiem łyżki dziury do dna, żeby woda szybciej odparowała.W tym momencie mieszamy ryż, tylko ryż z wierzchu. Ryż na potrawie formujemy w kształt kopczyka. Przyklepujemy go.W ryż wkładamy dwie głowki czosnku w całości, żeby były przykryte ryżem. Niektórzy wkładają teraz z dwa całe (koniecznie nie pocięte)strączki ostrej papryki, ale to niekonieczne.Przykrywamy pokrywką i na najmniejszym ogniu dusimy jeszcze pół godziny. Gotowe.

UWAGA- nie mieszamy potrawy w całości, mieszamy tylko ryż z wierzchu.Ryż musi się uparować w parze powstałej z mięsa i warzyw.



Ja robię podobną potrawę, tylko bardziej na ostro. 

sobota, 23 maja 2015

Grecja 1-go Maja dzień drugi

Wczoraj wracając z Aten do domu (w kierunku Lami) jechaliśmy w korku - Ateńczycy wyjeżdżali z miasta na długi  weekend. 
To my dziś wyruszyliśmy około południa. Mamy do przejechania 70 km na przylądek Sunion. Celem była świątynia Posejdona i pozostałości posągu Ateny. Podróż krótka, szybka, bo przez dłuższy czas autostradą. 
I zaczęło się od super długiego korka. Wystarczyły światła na końcu drogi i mieliśmy godzinę do tyłu. Dojechaliśmy lekko zmęczeni. 
Świątynia jak to świątynia musi być na wzgórzu. Wjazd wąski, samochodów dużo, ale mamy szczęście i znajdujemy kącik na parkingu. 
Troszkę w górę i widzimy strasznie dużo ludzi trochę zdumionych, złych. Po chwili wiemy czemu. Wejście na teren ruin świątyni zamknięte. 1-go Maja. Pracownicy muzeum świętują. Trudno. Spotkani polscy turyści są oburzeni . Śmieją się do nich - jak święto to święto dla wszystkich. 



Wspinamy się na sąsiednie wzgórze. Dookoła kwitną kwiaty. Ciągle się schylam i robię zdjęcia. Dziś w Grecji święto wiosny. Na drzwiach domów i mieszkań wieszają wianki z kwiatów. Tu też widzimy dziewczyny plotące wianki. Wiszące widziałam później w sklepach, na drzwiach, w kawiarniach.



Schodzimy ze wzgórza w stronę morza. Z urwiska robimy zdjęcia. 





Niestety mój lęk przestrzeni trzyma mnie w swoich sidłach i nawet jak Misiek cofa się nad sam brzeg urwiska krzyczę na niego i zmuszam do zachowania bezpiecznej odległości. Skąd mi się to wzięło sama nie wiem. Mnie, która łaziła za czasów młodości po górach, wspinała się na skałki, myła okna na czwartym piętrze stojąc na zewnętrznym parapecie trzymając się palcami framugi?  




Zdjęcia robię ciągle, bo otaczająca nas przyroda jest w pełni rozkwitu, zielona, soczysta. Za miesiąc nie będzie po tym śladu, kwiaty przekwitną, a rośliny będą szare i trzeszczące
pod nogami. Oddychamy zapachami dziko rosnących ziół. Widzą rumianek, tymianek, koper włoski. Oberwałam kilka listków i w domu w komputerze sprawdziłam co to.











Na widocznej w góry plaży opalają się ludzie, a nawet kąpią. Ale jak się ma takie morze ....




Powrotna droga dziwnie zbacza i zamierzamy do Laviro. 
Może znajdziemy otwarty sklep. Trzeba kupić chleb, bo wczorajszy zjedzono. 
Laviro jest niedużym miasteczkiem portowym nad Morzem  Egejskim.  Bardzo ładne. Podoba mi się ciąg fontann przy głównej ulicy. 
Parkujemy z trudem. Dużo samochodów - to źle wróży. 



Idziemy do portu, gdzie wśród jachtów stoją Nestor, Achilles, Telemach i inne jachty, które brały udział w zawodach olimpijskich. Chcemy coś zjeść, ale dziś w restauracjach goszczą się Grecy. Jest święto, więc czemu mają siedzieć dziś w domu. Zjadamy tylko lody i wracamy. Nie jedziemy jednak autostradą. Ruszamy na zachód chcąc objechać Ateny od strony morza, od strony portu w Pireusie. I nie my jedni. Znów jedziemy w korku. Po co oni wracają do domu? Nie ma u nich zwyczaju przedłużenia sobie święta na weekend ? Po tylu wyjeżdżających miałam taką nadzieję. 
Dobrze, że obwodnica na Lamię pusta i mogę przycisnąć gaz. I dobrze, że kupiliśmy chleb, bo obiadu nie udało się nigdzie zjeść i jesteśmy na suchym. 
Co dał nam ten dzień ?  Po pierwsze trzeba sprawdzać w przewodniku w jakie dni są zamknięte zabytki. Po drugie powinnam po tylu latach przyjeżdżania do Grecji już wiedzieć, że uwielbiają wspólnie spędzać wszystkie wolne dni i potrafią przejechać kilkadziesiąt kilometrów, żeby się spotkać. I, że lubią się gościć w knajpkach. Bolą mnie trochę nogi (brak zaprawy), ale przyroda i widoki wśród których łaziliśmy była tego warta. 
Jutro jakieś spotkanie z nieznajomym. 


   
O to na koniec  -  śliczna wieżyczka wyrastająca z dachów. 


piątek, 22 maja 2015

Wiosenna wyprawa do Grecji.

W tym roku wakacje zaczynamy w maju - Grecja wiosną, jak kwitną kwiaty, jak zieleń jest świeża, niezmęczona żarem słońca. Taki plan jest mój, ale Misiek ma inne zamiary. Jedziemy na wykopaliska .

Ateny - ostatni dzień kwietnia . Rano, temperatura nie rozpieszcza i mimo zapewnień gospodarzy, ubieramy się w długie spodnie i na wszelki przypadek bierzemy coś z długim rękawem. 
Zanim dojechaliśmy do miasta (zapomniałam napisać, że rodzina mieszka w dawnym miasteczku olimpijskim około 20 km od Aten) robi się ciepło, a potem jak szukamy wolnego miejsca (hiiiii) do zaparkowania to nawet gorąco. Miejsca nie ma. Po prostu nie ma. Żadne płatne parkowanie na ulicy nie wchodzi w grę, bo nie istnieją parkometry. Chyba tylko w ścisłym centrum, ale tam to się nie pcham. Pozostaje mam parking za 5 EUR za dzień. Zostawiamy naszą PANDĘ i windą zostanie ona zaparkowana na górze lub na dole, bo nie wiem czy parking ma tylko piętra wysoko czy też i w piwnicy. 
Decydujemy się na taxi, bo Misiek ma do załatwienia sprawy w sądzie i musimy dojechać tam o przyzwoitej porze. Głośny gwizd parkingowego objawia nam taksówkę. Misiek idzie załatwiać swoje sprawy, a ja z prawdziwą przyjemnością siadam na ławeczce w cieniu i spokojnie wyciągam książkę. Słoneczko prześwituje przez liście, zielone, świeże liście. Obok siada starszy pan. Położył na ławce bukiet owinięty w reklamówkę. Jakiś kwiat, dla mnie nieznany, wtulony w białe kwiaty akacji. Teraz jak to piszę, to przypominam sobie, że one nie pachniały. A nasze pachną i to jak. Może jak są długo po zerwaniu to tracą zapach ? Nie pamiętam ;(  
Powrót do centrum już trolejbusem. I dalej piechotą. Po drodze w ulubionym sklepiku - pita, tym razem biorę tradycyjną - ciasto filo, szpinak, feta. Pycha. Ciasto lekko słodkie, chrupiące, ser słonawy, ale tak nie za bardzo. Jest tak sycące, że nie daję rady zjeść całego kawałka. Zostanie na wieczór. 
Zachodzimy do znajomego, ale albo nie ma go w domu albo domofon nie działa. Komórki też nie odbiera. Idziemy oddać dekoder telewizji greckiej i mamy greckie sprawy służbowe z głowy. Plaka czeka. I wszystkie badziewiaki. Misiek szuka nowej płyty Haris Alexiou , a ja sklepiku z koralikami. Sklepik znajduję, najpierw kupując bransoletki rozmawiam po rosyjsku ze sprzedawczynią Ukrainką, a potem przy kasie obsługuje nas Polka. Misiek nie znalazł swojej płyty. Może plecak niebieski będzie ? Mam już trzy, ale niebieski by się przydał. Zachodzimy do kilku sklepików, oglądam też inne modele, ale nie są niebieskie. Szkoda. W tym roku wyjadę bez plecaczka. 
Co roku kupujemy gliniane, greckie ozdobne drzwiczki lub domki. Wiszą nad wejściem do pokojo-kuchni. Tym razem podobały mi się drzwi namalowane na drewnie. Tyle, że kosztowały majątek. Więcej nawet niż gliniane. I nie kupiłam. Wiem, że rękodzieło kosztuje, ale nie aż tak. 
Rozglądałam się też za kafelkami. I tu też rozczarowanie. Albo były takie, które już mam, albo mi się podobały. Może gdzie indziej.  
Akropol podziwimy z dołu. Nie na moje nogi włażenie na górę. 
Przy wejściu do metra wyciągnął się duży, czarny pies i wszyscy wychodzący i wchodzący muszą go omijać. I robią to bez okazywania gniewu. Leży to leży, krok w bok i się idzie dalej. 
Obok stragan w owocami. Tak misternie ułożonych truskawek jeszcze nie widziałam. Kupujemy kilogram i objadamy się nimi po drodze.  



Uliczka staroci, a może podróbek staroci. Ale stare lalki są prawdziwe. 
Mój obiad to duży pomidor z oliwą. Nie mam ochoty na mięso. 
Siedząc przy stoliku i obserwując przechodniów postanawiam kupić zeszyt i spisywać naszą podróż. I kupiłam. Zeszyty były tylko w linię. Nie używają w kratkę. 

Przyglądam się ludziom. Mijają nas na pewno Grecy, ale i ciemnoskórzy, skośnoocy i wielu innych. Wszyscy gdzieś się śpieszą. Z zakupami, bo obok się bazar. Ubrani tak różnie, że aż kręcę głową w prawo i lewo i nie nadążam rejestrować. Oczywiście starsze panie - wdowy całe na czarno. Kobiety przeważnie w sukienkach czy spódnicach. W spodniach chodzą turystki, mode dziewczyny. Czy coś się zmieniło przez te parę lat ? Może nie widać radości, w sposobie bycia, na twarzy. Widać, że są zmęczeni.  
Powoli wracamy. Tak na czuja. Idziemy w dobrym kierunku, ale tak dokładnie nie wiemy gdzie. Misiek ma na mapce zaznaczone miejsce, ale zagląda do niej, jak naprawdę boimy się czy nie zajdziemy za daleko. Mijamy fantastycznie wymalowane domy - busz ze słoniami, ptakami i innymi zwierzakami. Na innym twarz faceta. Zresztą zdjęcia powiedzą więcej. 

























































Jeszcze siadamy na kawę w kawiarni przy placyku zabaw. Patrzę jak wokół gromadzą się młodzi ludzie. To chyba ich punkt zborny. Siadają na ławkach, a z braku miejsca na krawężnikach. W kawiarence obok siedzi dwóch starszych panów . Przy różnych stolikach. Rozmawiają, śmieją się.

Aż przychodzi do jednego z nich kolega i rozmowa się urywa. Ciekawie czemu? We trzech już nie można rozmawiać ?

Fascynują mnie fryzury. Dużo panów nosi kucyki. Łysinka i warkoczyk. Brody to tu norma. Popów tu się spotyka co krok.

Odbieramy samochód i GPS prowadzi nas przez całe miasto w korku aż do obwodnicy. Martwimy się, że nie zdążymy do marketu. Jutro 1-Maja i sklepy pozamykane. Zdążamy i kupujemy chleb, pomidory, wodę i piwo - tylko te, które są nowe na rynku. Kolega Miśka zbiera kapsle i jak mamy okazję to mu przywozi. 
Wieczorem zrobiło się chłodno, ale drzwi na taras są otwarte. Wolałabym trochę więcej ciepełka. Może później. Tak zapowiada telewizor. Zaczyna się film - w oryginale z napisami greckimi. I tak się oni uczą angielskiego, a nie to co my - lektor załatwia za nas naukę. 

Jeden dzień, a tyle wrażeń. Co mogę jeszcze dziś napisać? 
Turystów zbyt wielu jeszcze nie ma, ale Polaków spotkaliśmy. Dużo ciemnoskórych. Centrum miasta z pozamykanymi sklepami robi ponure wrażenie. Okna sklepów pozabijane deskami, całe domy puste. Przeważnie czysto, ale w zakamarkach widać zgromadzone śmieci. 
Co dziwne, ale czym dalej od centrum tym więcej ładnych sklepów, prawie nie widać pustostanów. 
Zdumiewa mnie tak wielka ilość kafejek, barów, kawiarni. Na każdym kroku można coś zjeść, wypić. Mało za to jest sklepów z owocami. Można je kupić na bazarach, targach i w marketach lub tam gdzie są turyści. 
Siedzenie w kawiarni przy kawie, winie, czymś zimnym jest nagminne. Wieczorami wychodzą na posiłek całe rodziny. Im później tym więcej ludzi. Grecy są mniej krzykliwi niż Włosi i siedzi się wśród nich przyjemniej, choć jest gwar. 
Dużo młodych coś pisze na telefonie czy tablecie, albo słucha muzyki. Nie wiem czy taka forma spędzania czasu ze znajomymi by mi odpowiadała. Już chyba lepiej pomilczeć. 
Zmęczona jestem, a jutro jedziemy poza Ateny. 

W prezencie zawiozłam dwa obrazki - transfery - akwarelistów miejskich. 



Jestem zauroczona możliwościami transferu.