Strony

niedziela, 25 stycznia 2015

Zapracowany pół-styczeń

Jak przypuszczałam ten wyjazdowy tydzień odbił się 
na pracy w sklepiku, a to dlatego, że nie skończyłam inwentaryzacji  i  trzeba było szybko nadrobić braki. Dobrze, że mam super klientki i jedna z nich Klaudia poświęciła klika godzin żeby mi pomóc. I raz dwa skończyłam . 
Dobrze, że są ferie. Prawie nikt nie przychodzi, zarobek żaden, ale mogłam się zająć sprzątaniem, chowaniem choinek, bombek (kupowałam przed świętami, a potem okazało się, że na pawlaczu mam ich trochę i trochę - nic nie kupię na święta w tym roku). Postanowiłam wystawić wszystkie drewniane, nie ozdobione rzeczy na sklep, więc musiałam też coś pozmieniać w wystroju. 
I dałam się namówić koleżance z BH Dorocie na wystawienie serwetek do sprzedaży na FB. 
Ponieważ robiłam to po raz pierwszy udało mi się popełnić kilka błędów. Wystawiałam te serwetki, które miałam w paczkach, ale ich nie przeliczyłam i jednych miałam więcej, a innych mniej. I nie przypuszczałam, że odzew będzie tak natychmiastowy i tak liczny. To prawda, że miałam serwetki stare, niektóre kupione 5 lat temu, więc niekiedy unikatowe. 
Zrobiłam sobie tabelkę i tu drugi błąd, bo rozdzielałam nazwiskami, więc sięgałam do jednej paczki kilka razy, a powinnam podliczyć ile serwetek z danej paczki i dopiero rozdzielać na nazwiska. Znów pomogła mi niezawodna w pomocy Grażynka (ta od cudnych obrazów) z córką.

Samo pakowanie i latanie na pocztę to już sama przyjemność. 

Oj długo się na to już nie skuszę. Dobrze, że nie przyszło mi do głowy wystawie pojedynczych serwetek, bo miesiąc było by za mało. Nazbierało ich się kilka tysięcy. Tych teraz było ponad tysiąc. 

Mam sporo, a nawet bardzo sporo pracy księgowej. Koniec roku i pierwsze sprawozdania do US. Czasami noc za krótka. 
Oczywiście zapomniałam o zrobieniu skrzyneczki po winie. Miałam nadać się charakter szkatułki na biżuterię. Zamawiająca całe szczęście przypomniała w porę i powstało takie pudło. 



   
Jakbym pamiętała to bym go więcej dopieściła. ;(

Teraz w przerwach między jednym księgowaniem a drugim robię serducho na wymiankę na BH. Muszę się przyłożyć, bo osoba, którą wylosowałam tworzy cudne rzeczy. 
Zaraz kończy się "Kawa na ławę" i biorę się do pracy. Księgowej niestety. 
Miłej niedzieli i niemniej miłego tygodnia. :) 

piątek, 16 stycznia 2015

Urlopowo w Zakopanem

W poniedziałek (5-go) po przygodzie pomylenia stacji metra skąd miałyśmy autobus do Zakopca, wieczorem dojechałyśmy całe i zdrowe i nawet nie zmęczone do ślicznego pensjonatu Javorina. Pokój nieduży, bo wolna była jedynka, ale z szerokim łóżkiem. Ale to nieważne . Śnieg, biały puszysty śnieg. Trochę mroźno. Zakopane mieniące się od świątecznych dekoracji. Na Krupówkach dużo ludzi. 










Ta tyłem z plecakiem to ja. 





Pycha.







Sklep gdzie robią cukierki - te bananowe. 






Kupiłam te dwa obrazki - na jednym wypisz wymaluj mój Misiek, a na drugim moja córcia. 




Atma. 


Koliba.


Stary Cmentarz. 




Panorama z Gubałówki. 





Kulig. 




Odwilż i czas zwiedzania muzeów. 




A to warto zobaczyć. Od stu lat nie zmieniane wnętrza domu pierwszego lekarza Górskiego Pogotowia Tatrzańskiego.


I Hasior. Tu nic nie trzeba dodawać. Może tylko że warto obejrzeć dwa filmiki o twórczości i inspiracjach. 





Autoportret . 

Podsumowywując - cudnie, że był śnieg. W sobotę jak przyszła odwilż to żal d... ściskał, ale my już w niedzielę jechałyśmy do Krakowa. 
Może jeszcze kilka słów o pensjonacie - położenie cudowne, bo blisko do linii drzew Parku, więc można było spacerować z dala od miasta. W drugą stronę też 15 minut i już się było w centrum. Pensjonat bardzo ładny, zadbany, śniadania obfite i urozmaicone. Można było się najeść na cały dzień. Z paniami w recepcji można porozmawiać, zawsze coś doradziły. Mogę śmiało polecić Javorinę. 
Jak widać na zdjęciach wybrałyśmy się na kulig i trochę mnie rozczarował. Bryczko sanki zawiozły nas kawałek w las i potem do szałasu . Herbatka z prądem ledwie rozgrzała. Tylko kiełbasa była dobra. Brakowało tego "czegoś" z dawnych kuligów.  Komercja.
Muzea też można podsumować - nie wiem za co płaci się 9,- w Atmie. Tyle tam Szymanowskiego, że na palcach jednej ręki można policzyć. Za to zdumienie ogarnia, że Makuszyński mieszkał w tak małym skromnym mieszkaniu. I żal, że zostało wznowionych tylko tych kilka pozycji, przeważnie dla młodzieży i dzieci, a to co napisał dla dorosłych poszło w zapomnienie. Śliczne obrazy wiszą u niego. Zakochałam się w "Mimozach" Mariana Szczerbińskiego. Muszę mieć coś podobnego. 
Hasior broni się sam. Można oglądać i oglądać. 
W Kolibie też jest co oglądać a to za sprawą karykatur i Malczewskiego. 
Dobrze, że gdzie pójść. 
Zakopane było na 5, 
I dzień w Krakowie - niedziela wietrzna, ale gorąca za sprawą Wielkiej Orkiestry. Rynek barwny, wesoły. Odwiedziłyśmy Zamek, pomachałyśmy Smokowi, a w poniedziałek wsiąkłyśmy w Kazimierz i aż do odjazdu autobusu tam szwendałyśmy się małymi uliczkami zaglądając do sklepików, podziwiając ich wystrój.  Na przepyszną zupę berdyczowską zawitałyśmy jak zawsze do "Ariela" . 









Te kilka dni minęło jak z bicza. Wyspałam się, wypoczęłam, odetchnęłam zimnym powietrzem. I do roboty ;)