Strony

piątek, 22 maja 2015

Wiosenna wyprawa do Grecji.

W tym roku wakacje zaczynamy w maju - Grecja wiosną, jak kwitną kwiaty, jak zieleń jest świeża, niezmęczona żarem słońca. Taki plan jest mój, ale Misiek ma inne zamiary. Jedziemy na wykopaliska .

Ateny - ostatni dzień kwietnia . Rano, temperatura nie rozpieszcza i mimo zapewnień gospodarzy, ubieramy się w długie spodnie i na wszelki przypadek bierzemy coś z długim rękawem. 
Zanim dojechaliśmy do miasta (zapomniałam napisać, że rodzina mieszka w dawnym miasteczku olimpijskim około 20 km od Aten) robi się ciepło, a potem jak szukamy wolnego miejsca (hiiiii) do zaparkowania to nawet gorąco. Miejsca nie ma. Po prostu nie ma. Żadne płatne parkowanie na ulicy nie wchodzi w grę, bo nie istnieją parkometry. Chyba tylko w ścisłym centrum, ale tam to się nie pcham. Pozostaje mam parking za 5 EUR za dzień. Zostawiamy naszą PANDĘ i windą zostanie ona zaparkowana na górze lub na dole, bo nie wiem czy parking ma tylko piętra wysoko czy też i w piwnicy. 
Decydujemy się na taxi, bo Misiek ma do załatwienia sprawy w sądzie i musimy dojechać tam o przyzwoitej porze. Głośny gwizd parkingowego objawia nam taksówkę. Misiek idzie załatwiać swoje sprawy, a ja z prawdziwą przyjemnością siadam na ławeczce w cieniu i spokojnie wyciągam książkę. Słoneczko prześwituje przez liście, zielone, świeże liście. Obok siada starszy pan. Położył na ławce bukiet owinięty w reklamówkę. Jakiś kwiat, dla mnie nieznany, wtulony w białe kwiaty akacji. Teraz jak to piszę, to przypominam sobie, że one nie pachniały. A nasze pachną i to jak. Może jak są długo po zerwaniu to tracą zapach ? Nie pamiętam ;(  
Powrót do centrum już trolejbusem. I dalej piechotą. Po drodze w ulubionym sklepiku - pita, tym razem biorę tradycyjną - ciasto filo, szpinak, feta. Pycha. Ciasto lekko słodkie, chrupiące, ser słonawy, ale tak nie za bardzo. Jest tak sycące, że nie daję rady zjeść całego kawałka. Zostanie na wieczór. 
Zachodzimy do znajomego, ale albo nie ma go w domu albo domofon nie działa. Komórki też nie odbiera. Idziemy oddać dekoder telewizji greckiej i mamy greckie sprawy służbowe z głowy. Plaka czeka. I wszystkie badziewiaki. Misiek szuka nowej płyty Haris Alexiou , a ja sklepiku z koralikami. Sklepik znajduję, najpierw kupując bransoletki rozmawiam po rosyjsku ze sprzedawczynią Ukrainką, a potem przy kasie obsługuje nas Polka. Misiek nie znalazł swojej płyty. Może plecak niebieski będzie ? Mam już trzy, ale niebieski by się przydał. Zachodzimy do kilku sklepików, oglądam też inne modele, ale nie są niebieskie. Szkoda. W tym roku wyjadę bez plecaczka. 
Co roku kupujemy gliniane, greckie ozdobne drzwiczki lub domki. Wiszą nad wejściem do pokojo-kuchni. Tym razem podobały mi się drzwi namalowane na drewnie. Tyle, że kosztowały majątek. Więcej nawet niż gliniane. I nie kupiłam. Wiem, że rękodzieło kosztuje, ale nie aż tak. 
Rozglądałam się też za kafelkami. I tu też rozczarowanie. Albo były takie, które już mam, albo mi się podobały. Może gdzie indziej.  
Akropol podziwimy z dołu. Nie na moje nogi włażenie na górę. 
Przy wejściu do metra wyciągnął się duży, czarny pies i wszyscy wychodzący i wchodzący muszą go omijać. I robią to bez okazywania gniewu. Leży to leży, krok w bok i się idzie dalej. 
Obok stragan w owocami. Tak misternie ułożonych truskawek jeszcze nie widziałam. Kupujemy kilogram i objadamy się nimi po drodze.  



Uliczka staroci, a może podróbek staroci. Ale stare lalki są prawdziwe. 
Mój obiad to duży pomidor z oliwą. Nie mam ochoty na mięso. 
Siedząc przy stoliku i obserwując przechodniów postanawiam kupić zeszyt i spisywać naszą podróż. I kupiłam. Zeszyty były tylko w linię. Nie używają w kratkę. 

Przyglądam się ludziom. Mijają nas na pewno Grecy, ale i ciemnoskórzy, skośnoocy i wielu innych. Wszyscy gdzieś się śpieszą. Z zakupami, bo obok się bazar. Ubrani tak różnie, że aż kręcę głową w prawo i lewo i nie nadążam rejestrować. Oczywiście starsze panie - wdowy całe na czarno. Kobiety przeważnie w sukienkach czy spódnicach. W spodniach chodzą turystki, mode dziewczyny. Czy coś się zmieniło przez te parę lat ? Może nie widać radości, w sposobie bycia, na twarzy. Widać, że są zmęczeni.  
Powoli wracamy. Tak na czuja. Idziemy w dobrym kierunku, ale tak dokładnie nie wiemy gdzie. Misiek ma na mapce zaznaczone miejsce, ale zagląda do niej, jak naprawdę boimy się czy nie zajdziemy za daleko. Mijamy fantastycznie wymalowane domy - busz ze słoniami, ptakami i innymi zwierzakami. Na innym twarz faceta. Zresztą zdjęcia powiedzą więcej. 

























































Jeszcze siadamy na kawę w kawiarni przy placyku zabaw. Patrzę jak wokół gromadzą się młodzi ludzie. To chyba ich punkt zborny. Siadają na ławkach, a z braku miejsca na krawężnikach. W kawiarence obok siedzi dwóch starszych panów . Przy różnych stolikach. Rozmawiają, śmieją się.

Aż przychodzi do jednego z nich kolega i rozmowa się urywa. Ciekawie czemu? We trzech już nie można rozmawiać ?

Fascynują mnie fryzury. Dużo panów nosi kucyki. Łysinka i warkoczyk. Brody to tu norma. Popów tu się spotyka co krok.

Odbieramy samochód i GPS prowadzi nas przez całe miasto w korku aż do obwodnicy. Martwimy się, że nie zdążymy do marketu. Jutro 1-Maja i sklepy pozamykane. Zdążamy i kupujemy chleb, pomidory, wodę i piwo - tylko te, które są nowe na rynku. Kolega Miśka zbiera kapsle i jak mamy okazję to mu przywozi. 
Wieczorem zrobiło się chłodno, ale drzwi na taras są otwarte. Wolałabym trochę więcej ciepełka. Może później. Tak zapowiada telewizor. Zaczyna się film - w oryginale z napisami greckimi. I tak się oni uczą angielskiego, a nie to co my - lektor załatwia za nas naukę. 

Jeden dzień, a tyle wrażeń. Co mogę jeszcze dziś napisać? 
Turystów zbyt wielu jeszcze nie ma, ale Polaków spotkaliśmy. Dużo ciemnoskórych. Centrum miasta z pozamykanymi sklepami robi ponure wrażenie. Okna sklepów pozabijane deskami, całe domy puste. Przeważnie czysto, ale w zakamarkach widać zgromadzone śmieci. 
Co dziwne, ale czym dalej od centrum tym więcej ładnych sklepów, prawie nie widać pustostanów. 
Zdumiewa mnie tak wielka ilość kafejek, barów, kawiarni. Na każdym kroku można coś zjeść, wypić. Mało za to jest sklepów z owocami. Można je kupić na bazarach, targach i w marketach lub tam gdzie są turyści. 
Siedzenie w kawiarni przy kawie, winie, czymś zimnym jest nagminne. Wieczorami wychodzą na posiłek całe rodziny. Im później tym więcej ludzi. Grecy są mniej krzykliwi niż Włosi i siedzi się wśród nich przyjemniej, choć jest gwar. 
Dużo młodych coś pisze na telefonie czy tablecie, albo słucha muzyki. Nie wiem czy taka forma spędzania czasu ze znajomymi by mi odpowiadała. Już chyba lepiej pomilczeć. 
Zmęczona jestem, a jutro jedziemy poza Ateny. 

W prezencie zawiozłam dwa obrazki - transfery - akwarelistów miejskich. 



Jestem zauroczona możliwościami transferu. 
















8 komentarzy:

  1. Niesamowite mieliście wakacje, wspaniała relacja i te zdjęcia - super!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie koniec ze zdjęciami :) Zapraszam na dalej i jeszcze

      Usuń
  2. ale super,to dlatego cię nie było

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety połączenia były tylko jako takie i nie dało się pisać na bieżąco .

      Usuń
  3. Jestem pod dużym wrażeniem ułożenia tych truskawek. Aż mi się nasuwają różne pytania: po co? czy one nie spadną? czy te na dole się nie gniotą?
    Bardzo fajna relacja;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spadają, myślę, że się też nie gniotą. Są bardzo mięsiste . To nie woda tylko truskawka . A układane są pewnie na deskę. Ustawia się ją po skosie i sypie truskawy.

      Usuń
  4. ależ wspaniałe te malowane domki! a ułożenie truskawek - bomba :)

    OdpowiedzUsuń
  5. W tak gęstej, szarej zabudowie było to niesamowite. Truskawki mnie też zachwyciły, nie były jednak tak słodkie jak się spodziewałam. Poprzedniego dnia kupione były tak słodkie, że aż nienaturalne. Pychota.

    OdpowiedzUsuń

A po nocy przychodzi dzień, a po zimie lato :)