Strony

czwartek, 25 września 2014

Trochę zaniedbałam ... siebie, Was i decoupage

Zwykłe przeziębienie przeszło już w miesięczne przeziębienie, które dokucza okrutnie. Gardło boli, kaszel męczy o innych dolegliwościach nie wspomnę. Wczoraj padło na lewe oko. Wirus czy co .
Po drodze był kiermasz charytatywny dla schroniska piesków w Legionowie. Byłam z Dorotą z BH. I fajnie, że się zobaczyłyśmy, bo nie było zainteresowania. Nie tylko decoupage, ale wszystkim. No chyba, że dotyczyło psiaków. Mówiąc szczerze tak też myślałam. 
Nasze stoisko - z świątecznym obrusem, bo taki tylko w szafie znalazł mój Misiek (a trochę ich tam było). 


Ja za to wylicytowałam wejściówki do Centrum Kopernika.


A to prace zrobione no prawie w tym celu. 















Zakładki malowała moja koleżanka. 



Ja ograniczyłam się do oklejenia swoich zakładek. 







Teraz zabieram się za zaległości :) 

niedziela, 7 września 2014

Jak było na "Moim" Wielkim Greckim Weselu

Po męczącym tygodniu może uda mi się dokończyć naszą wyprawę . Ale też może być tak, że usnę na siedząco. Codziennie o poranku godzinę spędzam na ćwiczeniach, a że otwieram sklepik przed ósmą, muszę wstawać skoro świt, a spać chodzę naprawdę późno. Pokochałam chodzenie o kijkach, a w pobliskim parku mamy ustawione przyrządy do ćwiczeń. Pewnie je widzieliście, co można je spotkać w wielu miastach i to całkiem niedużych. Ale przez to jestem niewyspana, no i zmęczona. W sklepie praca na wariackich papierach - jak co roku szał podręcznikowy. I oczywiście, jak przez całe wakacje książki były w magazynach i bez trudu można je było zakupić, tak teraz puchy. I ból, bo nauczyciele nie przyjmują tłumaczeń (i pewnie z ich punktu widzenia, mają rację). Ale z drugiej strony, też nie są do końca w porządku - w spisach podręczników każą we wszystkich klasach np. kupić ćwiczenia i rodzice karnie kupują, a potem jedna z klas ma być bez ćwiczeń.  I przychodzą do mnie oddawać podręczniki, a ja jak dobra ciocia je bierze. Za dobra. 
I jeszcze, zanim opisze wesele. 
Pierwsze klasy dostały za darmo elementarz. I super, gdyby nie to, że rodzice musieli podpisać zobowiązanie, że gdy dziecko zniszczy książkę, to oni będą musieli zapłacić pewną kwotę i to nie małą. Wiecie jaki te dzieciaki mają stres ? Rodzice co chwila wbijają im do głowy, że jeśli go pobrudzi, podrze, zgubi to mu nogi z d.... , a to tylko dzieci i przypadki częściej chodzą po nich, a do tego moją "uczynnych" kolegów, którzy bardzo chętnie zrobią to za nich i co wtedy? 
Następna głupota. No i te elementarze muszą mieć specjalne okładki tylko zrobione dla nich. Inne są o 2 mm za krótkie. 

Ciekawe kto i ile na tym zarobił. Dla mnie to niezły przekręt. 

No, ale w końcu może opiszę wesele. 
Dom panny młodej - bo to rodzina Miśka. Pokój dla młodych (którzy już mieszkają parę lat razem piętro niżej, ale tradycja to tradycja) .


Panna młoda już po czesaniu i malowaniu - trwało to trzy godziny. Był to jeden z najgorętszych dni sierpnia - tak 41 stopni w cieniu . Do pokoju gdzie odbywała ceremonia robienia ślicznej dziewczyny na bóstwo,  wchodziły coraz nowe zaprzyjaźnione osoby i duchota zaczynała dusić. 


Mała Maria druhenka przysypiała pod wiatrakiem. 


W końcu wyjście z domu, zdjęcia z braćmi i z mamą, z przyjaciółkami. 



I odprowadzenie oblubienicy do kościoła - to było naprawdę blisko. Po drodze do orszaku przyłączali się sąsiedzi, znajomi z kawiarni. 



Przed kościołem czekał Pan Młody ze swoją rodziną.

Bracia oddają siostrę . Pewnie gdyby żył tata, to on by to czynił. 


Przy obojgu Młodych podczas ceremonii stała cała rodzina i kto tylko chciał. 


Mnie zachwycił żyrandol. Kościółek mały, ale oświetlony czymś tak ślicznym, że najchętniej przez cały czas bym tylko w niego się wpatrywała, bo było co oglądać. Zdjęcia nie oddają nawet 30% jego świetności. 




A teraz wesele - sala na której było około 600 osób.  






Państwo Młodzi przybyli pokroili tort i zatańczyli swój pierwszy taniec. 




A my mogliśmy posilać się do woli. Ilości jakie są na zdjęciach podawane były na dwie osoby. Ja jadłam z córkę, więc byłam w świetnej sytuacji (połowy nie lubiła). 

Cielęcinka w sosie (do tego była podana bułeczka). 


Pieczarki w słodkim sosie. 


Pulpeciki w pomidorach. 


Tradycyjny grecki jogurt.


Papryka w zalewie.


Tradycyjne danie greckie - pilaw i mięsko na kościach. Brakowało mi tylko zieleniny - sałaty, pomidorów. Ja akurat to lubię, ale mój Grek nie i jego (nasza) córka też nie przepada.


Danie główne bryzol z grilla.


I to wszystko. Podano deser i owoce. Nie wiem kiedy był i czy był tort, ale my mieliśmy jeszcze długą drogę do hotelu (tak około 80 km), a ja już byłam zmęczona. 



I jeszcze napiszę, że te potrawy podawane były  pojedynczo i dość szybko zabierane i jeśli się nie zjadło to nie było co zjeść i trzeba było czekać na następne danie.  

Tańce były typowo greckie i tylko Ola, która ma słuch i rytm odważyła się zatańczyć. Ja i Misiek chyba bardzo lubimy słonie i one nas. Tańczyli tylko ci, którzy mają w sobie to coś. Jakiej z 50 osób. Non stop grała czteroosobowa orkiestra. 



Chciałam Wam wstawić filmik, ale nie da rady - są za duże na blogera . :) I to koniec . Było naprawdę fajnie.