Strony

poniedziałek, 30 września 2013

Cytryniarka ?

Jak nazwać pojemniczek na cytrynę? Nazwałam cytryniarka . Trochę zgrzyta, ale sam pojemniczek jest kolorowy i wesoły. 




Cytrynka bardzo (mi szczególnie) potrzebna jest jesienią. Uwielbiam owocową herbatkę z cytryną. 
I z miodem. Albo z malinami. Maliny świetnie działają na mój żołądek. Jak wracam z jakiegoś obiadku, gdzie jem i popuszczam pasa - wieczorem herbatkę z malin. I idę spać bez sensacji żołądkowych. :)




piątek, 27 września 2013

Coraz dłuższe wieczory

W sklepie królują podręczniki, zeszyty, długopisy, kredki. Nauczyciele na zebraniach rozdają karteczki co dziecko musi mieć do zajęć plastycznych . Idąc z zebrania mamy, a czasami tatusiowie i robią od razu zakupy. A ja robię wielkie oczy czego sobie szkoła życzy. Lepiej nie mówić. Powoli kończy się sprzedaż podręczników. Część z określonych wydawnictw już trzeba było odesłać do hurtowni. Pozostałe za parę dni. Potem będzie zamawianie po jednej, dwie brakujące książki i jeżdżenie po odbiór, bo minimum przywozu nie będzie osiągalne. Samo życie.
Dobrze, że już jest trochę czasu na lubione zajęcia. Halina robi decoupage cały czas, a ja dopiero teraz odnajduję w sobie chęć do wyklejania. Nie ukrywam, że o urlopie już dawno zapomniałam i jestem zmęczona.
Ale prace mamy bardzo kolorowe i chyba jeszcze letnie.









Szafka w safari i wieszak na papier zrobione są przez dziewczynę, która dwa lata temu uczyła się dwa temu decoupage razem ze mną . I robi tylko dla siebie. Szalona dziewczyna. Nie boi się kolorów, łączenia czasami od "czapy". Bawi się serwetkami. 








sobota, 21 września 2013

Trochę humoru ze sklepiku

Teraz w księgarence panują podręczniki. Do pobliskiej podstawówki, gimnazjum do którego poszło większość dzieciaków, ale nie tylko. Szukam książek do technikum, zawodówek, przedszkoli. I jak w lipcu, sierpniu i na początku września były wszystkie, tak teraz czarna rozpacz. Wydawnictwa wiedząc, że ich podręcznikami idzie ostatni rocznik podstawówek nie robią dodruków. Codziennie po kilkanaście razy słyszę takie samo pytanie - Ciociu są już książki do .... i tu przedmiot, najczęściej ćwiczenia od przyrody, podręcznik do polskiego, atlas....Fajnie jak znam pytającego i wiem która klasa. A jak nie znam... robię sobie z nich teraz żarty - Są, ale nie wiem gdzie. 
Rodzice też myślą, że ich wszystkich znam i dopasowuję do dzieci. Wchodzi tatuś : 
- Ja po książki dla syna. 
- Ja : A do której klasy ? Szóstej. A jakie to książki ? Wszystkie ? 
- No, nie, jedna.
-  A do jakiego przedmiotu ? 
- No, nie wiem, żona powiedziała, że pani będzie wiedziała. Mi już ręce opadają, ale jeszcze próbuję 
- A nazwisko ? 
-Np. Kowalski. 
Nic mi niestety nazwisko nie mówi, ale pytam dalej
- A jak imię syna ?
- Kamil .
- A .... - coś mi świta - I gimnazjum ? 
- Chyba tak . 
Wyciągam listę książek (kolejka coraz dłuższa) i rozgryzam moje kropeczki . Chyba mam i tej chwili wpada Kamil i od drzwi krzyczy -
- Ciocia jest zbiór zadań do matematyki?
Na to ojciec .
- O, właśnie, zbiór zadań. 
Uf doszliśmy. 
Któregoś razu wchodzi tatuś i od drzwi ogłasza 
- Jestem chrześcijaninem !
- To dobrze - odpowiada mu Halinka
- Nie ma - rzucam ja
I wszyscy wybuchamy śmiechem . 
Ja wiem, że kto książka do religii, której przez  jakiś czas nie można było dostać. Halina odpowiedziała automatycznie. 
I tak co dziennie. Jestem tym zmęczona. Ale siedzę i szukam. I przeważnie znajduję, chyba, że naprawdę zabrakło i wydawnictwa wypięły się na dzieciaki . Nauczycieli to nic nie obchodzi. Matce pięciorga szkolnych dzieci, nauczycielka powiedziała, że mogła myśleć wcześniej, że nie będzie ją stać na książki. 
Praga jest dzielnicą, w której jest ogromna ilość rodzin - matka + dzieci (dzieci, bo rzadko jedno). Ojcowie czasami przypomną sobie o ich istnieniu (przeważnie, kiedy komornik zajmie im pensję). Znam klika babć, które wychowują wnuki - bo matka nie żyje, a ojciec poszedł sobie od kłopotu, bo rodzice wolą weselsze życie od zajmowania się własnymi dziećmi, bo mama związała się z nowym partnerem, a on nie chce jej dzieci, bo.... mogę jeszcze parę przykładów podać . Box do "0"to 100,- , do I,II,III klasy  około 240,- bez podręczników od języka angielskiego. Potem klasa IV - 440,- (nowa podstawa oprogramowania) , V i VI ponad 250,- . 
I teraz podliczmy : 5 dzieci : 100,- 240,- 240,- (plus 134,- język) i 440,- 240,- co daje około 1,400,-  . Musiała by oszczędzać co miesiąc po 120,- .
Z czego ? Z zasiłku na dzieci ? Sama nie pracuje, bo ma silną alergię prawie nie wszystko. Oczywiście , może nie powinna mieć dzieci, ale je ma i co ma zrobić ? 
Oj miało być wesoło. Ale wyszło jak wyszło.  :) 

sobota, 14 września 2013

Niechcący wywalony post

Coś porobiło mi się i wywaliłam ten post. Odzyskałam go , ale wstawić tam gdzie trzeba nie umiem. :)
Na dworze upał, w domu upał, ale w sklepiku na dole przyjemny chłodek. Czym cieplej na zewnątrz tym chłodniej w sklepie. Tak do godziny czwartej - potem godzinka cieplejsza i znów cień budynku po drugiej stronie ulicy i już ok. Tylko czemu nie czuję werwy do pracy. Może za dużo spraw szkolnych. Codziennie przychodzi paka książek. Ręce bolą od rozpakowywania . Rano obiecuję sobie, że zrobię to, dokończę tamto . Wystarczy jednak, że wyjdę, pojadę do hurtowni, coś załatwić na mieście i koniec. Jestem wykończona i po powrocie zamieram w tym chłodzie i nie chce mi się ręką i nogą ruszyć . I jeszcze schodzą się na pogaduchy znajome i znajomi, bo też kochają nasz chłodek. I tak dzień za dniem. 
Ja się lenię, ale Halina pracuje pełną parą.  I tak powstają różne różności .


Komplet pojemniczków na przyprawy - w dużej można trzymać torebki z przyprawami, do mniejszych można wstawić doniczki z ziołami. 

 Lampka do czytania książki - taka do postawienia przy łóżku. Abażur brązowy. 

Butelka - plastik, sztywny. Zastosowanie wszelakie.

 Jeszcze jeden słoik na grzyby, czy inny susz. 

Pojemnik na coś do herbaty - konfiturę, suszone owoce do pochrupania lub inne łakocie.  



Dzbanuszek na mleko. Śniadanie w sobotę lub niedzielę i mleko na stole w gustownym, śmiesznym dzbanuszku .

I zapomniana konewka. Już zdjęcia odzyskane. 



Moje prace to tylko mini prace. Takie jak moje ostatnie zaangażowanie . Nic mnie nie usprawiedliwia. 



Nieduża konewka. Trochę lata w to upalne lato .


 Tradycyjna puszka na vegetę - nie pasowała mi taka jak była (choć też niebieska) i przerobiłam ją i teraz fajnie wygląda na blacie niebieskiej kuchni . 







Seria szklanek zamienionych na wazoniki. Jeszcze będą trzy. I na koniec dwie mini deseczki. 


środa, 11 września 2013

Roczkowo-urodzinowe candy - wyniki

Kochani ! 

W spólnym losowaniu moich koleżanek ze sklepiku - 

Jomo Z Domu pod Dobrą Nowiną 

wygrywa Candy . 

Proszę o adres na który wyślę paczuszkę. Gratuluję . 
Mój e-mail : upaniali@wp.pl

Wszystkim bardzo dziękuję za udział w zabawie . Zapraszam na przyszłe . Na pewno świąteczne .

Bardzo też dziękuję na odwiedzanie mojego bloga.  :) 

niedziela, 8 września 2013

Dzień trzeci

Trochę chyba mam za mało czasu. 
W sklepiku dzieci i rodzice kupują książki. Ci którzy kupili w lipcu mieli szczęście, bo mieli komplety podręczników od ręki. Teraz hurtownie zieją pustkami. Ja nie mam dużej powierzchni i mnie mogę sprowadzać takich ilości podręczników, żeby wystarczyło dla wszystkich. Sprowadzam na zamówienie i staram się, żeby po pierwsze je zdobyć, po drugie w miarę szybko. Ale i tak to trwa. I jestem zmęczona tym codziennym wpatrywaniem się w ekran komputera i szukania książek. I wszyscy chcą tylko ze mną załatwiać zamówienia. 
Decoupage leży. Od dwóch miesięcy nic nie robiłam. Dziś zaczęłam pudełeczko na koraliki, ale chcę fajnie je wykończyć, a nie wzięłam białej farby i robota stanęła. 
Za to zrobiłam dobry obiad - duże kluski w kształcie muszli z szpinakiem i fetą na pomidorach. Bardzo fajnie wyglądało i smakowało nawet, nawet smacznie. Potem serniczek, tort, pyszne wino i szampan. Zaprosiłam dwie przyjaciółki (trochę się nie zgrały czasowo, ale do tego jestem przyzwyczajona). Z rodziną zobaczę się w tygodniu, bo niestety mamy znajomy pogrzeb, a w następną niedzielę chrzest. Nie mam sumienia ich jeszcze ganiać na urodziny. I tak wiem, że mnie kochają i dobrze życzą (bo ja ich też kocham) . Jutro też będę gościć koleżanki. Żyć, nie umierać. 
Dokończę podróż. 
Trzeci dzień zaczęliśmy od Madame Tussauds. To co tam przeżyłam .... nigdy w życiu już tam nie wejdę. Półtorej godziny w kolejce do kasy !  I to nie na zewnątrz, ale już w środku . A samo zwiedzanie to drugie tyle. Fajnie było, ale nie mieliśmy czasu (Misiek śpieszył się na galę na uczelni syna) i zamiast się bawić, przechodziliśmy od figury do figury, cykając fotki i dalej i dalej. Zła byłam jak osa. Do d.... taka organizacja. Tłum ludzi, a dwie osoby przy kasie (a były cztery stanowiska). Bilety drogie jak diabli (no może tylko dla nas). Ale figury fajnie. Niektóre rozpoznawalne bez czytania podpisów, ale były i takie, że trzeba było przeczytać kto to jest. 

































To niektóre z kilkudziesięciu. Te które mi się najbardziej podobały i były naprawdę do siebie podobne.
Trochę zmęczeni galopem wróciliśmy do hotelu, przebrać się i Misiek na uczelnię, a ja do British Museum.
Oj tam się nachodziłam, a nie zobaczyłam nawet połowy. Ile oni skarbów zrabowali . Tłumaczą się, że tu u nich więcej ludzi to wszystko zobaczy. Ale było by miło oglądać je w krajach z których te eksponaty pochodzą . 
Bardzo mi się podobała biblioteka. Tam sobie trochę posiedziałam. I zegary. 













Ten ostatni sprzęt najbardziej mi się spodobał. 
I tak skończył mi się pobyt. Jeszcze tylko obiad u Chińczyka, który  ze zdziwienia, że zjadałam tylko jeden talerz dał mi rabat. 
Wróciliśmy i przywlekliśmy jakiś wirus, którym zaraziliśmy całą rodzinę i znajomych. Do tej pory kaszel trzyma. 
Kończę to pisanie już 9 września. Podobno urodziłam się w południe, więc jeszcze mam chwilę. :)

Wszystkim Wam bardzo dziękuję za życzenia . Z losowaniem poczekam jednak do 24-tej . :)