Strony

niedziela, 1 września 2013

Już dzień drugi w ..... Londynie

Ostatni poniedziałek sierpnia jest w Wielkiej Brytanii dniem wolnym od pracy. Zamknięte są wtedy muzea. Ten dzień przeznaczyliśmy na : Garden Lodge - ostanie miejsce zamieszkania Freddiego Mercury, potem spacer do Notting Hill zobaczyć festiwal karaibski.

Jest pogodnie, ciepło, można nie brać parasolki, lekkie buty, nowo kupioną bluzkę i w drogę. 
Na razie metrem do Garden Lodge.
Bardzo chciałam zobaczyć ten dom. Wiem, że zobaczę tylko mur, drzwi w murze, szczyt budynku. Podobno ogrodzenie na murze jest pod napięciem. Trochę to dziwne, ale każdy żyje jak chce. Dzielnica w której jest ten dom, jest bardzo spokojna. Uśmiałam się widząc ulicę z obu stron takich samych domów. Jak ktoś wypił za dużo, może nie trafić do swojego mieszkania. Wszystkie takie same. 


Na Longan Palace trafiliśmy jak po sznurku dzięki "Przewodniku fana Queen po Londynie" . Opis miejsc związanych z życiem prywatnym, zawodowym zespołu. I jak tam trafić - stacja metra, którędy wyjść, gdzie skręcić i zdjęcia obiektu. Nie można nie trafić.  





Najpierw byliśmy sami , ale potem nadjechał samochód z kilkoma fanami. 

Do Notting Hill mieliśmy spacerkiem z pół godziny. Szliśmy pięknym parkiem - Holland Park . 
Najbardziej podobały mi się ławeczki  (może tam kręcili film Notting Hill ?) . Były bardzo wygodne. Każda poświęcona komuś.  I miejsca dla piesków. 





Szerokie aleje prawie jak w lesie. I kwiaty . 




Park za nami, a przed nami słychać bębny, muzykę i helikopter . Idziemy w dobrym kierunku. I nie tylko my. Robi się coraz tłoczniej . Potem okazało się, że idziemy z lepszej strony, bo stacja metra była dość daleko, bo jakbyśmy szli z tamtej strony wycofałabym się. Ludzi myło mnogo a mnogo. Festiwal karaibski - to samo za siebie mówi . 






















Bawili się wszyscy młodzi, starzy, dzieci - różne kolory skóry, grubi, chudzi . Ci co brali udział w paradzie i ci co przyszli popatrzeć, porobić zdjęcia. Szokowała mnie ilość piwa wypitego (widać to było po puszkach i butelkach walających się po chodnikach). 
Aby się wydostać, musieliśmy cofnąć się prawie do parku. Tam stawał autobus i był pusty, bo wszyscy wysiadali na festiwal. Do metra nie wpuszczano, można było tylko z niego wysiąść. Wszystko było opisane w ulotkach. Autobus zawiózł nas do West End do Soho. 








Tam postanowiliśmy zjeść jakiś obiadek - u Chińczyka . Zachęcił nas napis na szybie,że za tyle i tyle możemy zjeść ile chcemy. No to idziemy. Po talerzu i wybieramy co na oko pasuje. Ja ryż, kurczak na słodko, jakieś jeszcze coś co do końca nie wiedziałam, ale zjadłam, dużo surówki, jakiś sosik do ryżu i do stolika. Obok nas pani skośnooka (ale nie zgadłam jakiej narodowości) i towarzyszem rasy białej (sorry, że tak piszę, ale brak mi określeń) . Zjedli po talerzu i poszli po drugi. Przy następnym stole chłopczyk, ale wyrośnięty i ciut szczuplejszy ode mnie zjada też już drugi i idzie po trzeci. Ja kończę to co sobie nałożyłam i się już najadłam. Misiek też, ale zachęcony przez "współbiesiadników" idzie po drugie danie. Ja idę po owoce. Muszę przyznać owoców jest dużo (nawet w hotelu na śniadanie). Kończymy swoje dokładki, a para obok idzie po trzeci posiłek. Oczy mam okrągłe jak spodki. Gdzie ta pani to mieści. Tym razem są to krewetki. My odpoczywamy, idziemy do WC, wracamy i co widzimy - kopiasty talerz owoców na sąsiednim stole. O rany. Płacimy za nasze jedzenie tyle samo co i oni. Lepszy numer wykręciłam na następny dzień. Ale o tym potem .

Po drodze wpadły mi w aparat kilka reklam - 



 I śliczne kwiaty - bardzo dużo wystaw, pubów jest ukwiecona .



Piechotką dotarliśmy na Trafalgar Square. Co tam się nie działo - tańce w wykonaniu czarnego Murzyna - naśladował Michaela Jacksona, zaczepiał turystki zapraszając do tańca. Świetnie bawił zgromadzonych widzów . Obok niego byli i inni, ale prawie niezauważalni przy nim. A Spider-man dłubał w nosie w nudów. 










Mi się podobały lwy - wielkie wykonane z brązu lwy. Śliczne, takie wielkie kociaki . 







Plac był pełen ludzi. Siedzieli na ławeczkach, na schodach, na obrzeżach fontann. Dzieciaki oczywiście chlupały się w wodzie. Ciepło, chociaż już po południu. 
Idziemy dalej zobaczyć premiera (hiii) i do Big Bena . Po drodze skręcając w różne miejsca 

















Zachwycił mnie kościół Św. Małgorzaty . 












Spacer zakończyliśmy wysiadając dwa przystanki za wcześnie  od hotelu . Idąc zrobiłam zdjęcie mini placu zabaw przy stacji metra. 









Męczący dzień, ale dużo zobaczyłam. Trzeba zebrać siły na jutro. A tu w telewizji "Powrót króla" . 

5 komentarzy:

  1. światowa kobieta z ciebie-świetnie sie bawisz,troszkę ci zazdroszczę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zadość. Nie ten wiek nie to zdrowie, żeby się tym cieszyć. I nie moja zasługa. :)

      Usuń
  2. Dziękuję za wspaniałą relację:) Czytałam z zapartym tchem:) A festiwal jest wyjątkowy - tutaj dopiero można poczuć wielonarodowość:) Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale wakacje!!!! parada nie od parady :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo przyjemnie się czytało twoją krótką relację, karaibski faraon całkiem całkiem :)
    Ciekawa jestem co za numer wykręciłaś :)

    OdpowiedzUsuń

A po nocy przychodzi dzień, a po zimie lato :)