Strony

sobota, 31 sierpnia 2013

Trzy dni w .... Londynie

Trzy dni to dużo czy mało na Londyn. Dla mnie w sam raz. Po raz kolejny stwierdzam, że nie lubię tłoku. Dobrze, że poniedziałek był dniem wolnym od pracy i pewnie sporo ludzi wyjechało, bo we wtorek już oczy robiły mi się okrągłe jak spodki (a to jeszcze okres urlopowy). Dużo ludzi na ulicach, dużo w metrze . 
Ale po kolei. 
Sobota po przyjeździe się nie liczy. Padało, spotkanie z synem Miśka, kolacja w greckiej knajpce. Wracając metrem spotkaliśmy młodych ludzi ubłoconych od góry do dołu. Buty (niektórzy mieli kalosze), spodnie, rajstopy, kurtki, bluzki, a nawet twarze. Zadowoleni, zmęczeni i brudni. Nic nie kapowaliśmy, gdzie byli i co robili. Dopiero na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że była to impreza na świeżym powietrzu, a że padało, teren był mokry i błotnisty. Przewidujący ubrali się odpowiednio, a innym to nie przeszkadzało. 
W niedzielę rano powitał nas deszcz, ale po śniadaniu nie było po nim śladu. Nasz hotel był w pobliżu Tower Bridge i specjalnie zamieszkaliśmy na 5 piętrze z widokiem na Tamizę i co ? Gucio ! Przed nami był wyższy budynek i zamiast widoku na rzekę mieliśmy pod oknami stację kolejową (ale jeździły pociągi tylko do północy) .








Na pierwszy ogień poszedł Hyde Park (bo tam umówiliśmy się z następnym synem Miśka i synową i wnukiem). Park mnie zachwycił. Ogromny teren, ślicznie utrzymany, pełen ludzi odpoczywających na leżakach (1,5 funta za półtorej godziny), karmiących łabędzie, kaczki, jeżdżących rowerami, na rolkach. 







Ta zielona roślinka mnie UKUŁA ! Myślałam, że te zielone kuleczki będą miękkie, a tu niespodzianka - kują . Zobaczyliśmy większą połowę i tylko z daleka resztę . Podobało mi się, chociaż wiewiórki są szare, a ławki okupują Hindusi . Londyn jest mało europejski . Hindusi, ciemnoskórzy, skośnoocy. Białego człowieka jak na lekarstwo. Oczywiście przesadzam, ale takie było moje pierwsze wrażenie. 
I ostatnie też. Kierowcy, recepcjoniści, sprzątacze ulic, kasjerzy w marketach. Dla mnie wszyscy nie byli europejczykami.   
Wyjeżdżając na taki krótki pobyt miałam zaplanowane to co chcę zobaczyć. I po kolei realizowaliśmy plany . Misiek wszystko to już widział, ale nie marudził. I tak po spacerze w parku wylądowaliśmy na Baker Street 221 B. Kolejka była trochę długa, ale spotkaliśmy rodaków i czas minął szybko. 















Ostatni wpis na obu stronach (zabrakło miejsca) .







Lubię takie miejsca. Małe, zagracone, pełne bibelotów. Chybaby mogli mnie zatrudnić mnie jako sprzątaczkę. 

Na przeciwko moje oczy zobaczyły - (pewnie jest ich kilkanaście lub więcej w Londynie) - 


I kupiłam sobie i córce podkoszulki z Queen. Ale założyłam ją idąc na Garden Lodge . 


Zobaczywszy ten autobus pojechaliśmy szukać na King's Cross peronu 9 i 3/4 . I był. Nie jako peron, ale ściana z napisem Platform 9 3/4. I stała przed nią kolejka . Do zdjęcia, które robiła miła panienka, wcześniej wołając 1,2,3 - jump i każdy podskakiwał jak mógł najwyżej . Stara baba i tak się wygłupia. 
Ale co tam . Jak czytałam książki byłam młodsza :)  






Do tej pory poruszaliśmy się metrem . Podoba mi się i te starsze linie i nowiutkie . Małe perony z małymi wagonami, wyjeżdżającymi z małych tuneli i te duże, pełne stali, pod Tamizą z oszklonymi peronami. Niektóre wagony miały po dwa metry wysokości. Faceci musieli stać z pochyloną głową. Ciekawe jakby takie było w Warszawie. Kogo by powiesili za taką niekompetencję. A jakby perony miały szerokość pięciu kafelków terakoty? 








Nie myślcie, że na każdej stacji takie toalety. W jednej po otworzeniu drzwi wpadłam na sedes. Mało miejsca było oj mało . 
Porzuciliśmy metro na rzecz autobusów. Coś więcej się zobaczy nawet kosztem czasu. Celem był Theatre Dominion, gdzie nad wejściem jest figura Freddiego Mercury . To miałam w moich planach. Zobaczyć .




 Na koniec dnia odwiedziliśmy królową . I Big Bena . Po nocy . Londyn nocą jest ładny. Ma swój urok. 






Po drodze tylko przez szybkę (bo już było zamknięte) w sklepie królewskim popatrzyłam na oficjalne upominki z okazji narodzin królewskiego potomka. 





Męczący to był dzień. Ale jak inaczej w ciągu trzech dni zobaczyć ciut Londynu. 
A jutro też był dzień. I to jaki. :) 



3 komentarze:

  1. Wspaniała wycieczka i opis miejsc :-)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniała relacja z jak widać udanego wypadu:)

    OdpowiedzUsuń
  3. W czapce Sherlocka bardzo ci do twarzy, ale widzę, że i on lubił sobie podekupażyć ;)

    OdpowiedzUsuń

A po nocy przychodzi dzień, a po zimie lato :)