Strony

poniedziałek, 15 lipca 2013

Cd... Grecja - wyspa Kreta

Wizyty u rodziny są bardzo miłe, a byłyby jeszcze milsze gdybym coś z tego co się mówi zrozumiała. No może nie do końca rozumiem, bo jestem mądrą dziewczynką i kojarzę i czasami coś rozumiem  ale czasami. Oni oczywiście żadnego innego języka nie znają. Natomiast Ci, którzy prowadzą jakiś interes przeważnie znają angielski lub zatrudniają personel  mówiący tym językiem. Jednak tak, jak zauważyłam i w Atenach i w Iraklionie turystów jest o wiele mniej. Widać to i po ulicach i po restauracyjkach. Niby jest ludzi, ale jak się przysłuchać większość ich to grecy.
W Kissamos zatrzymaliśmy się w małym hoteliku - pokój z widokiem na morze, ale przed nim krzaczory,w których żyją żaby uwielbiające nocne kumkanie, komary lubiące nas. Gdzieś z boku kogut, który lubi witać wschód słońca nie wiadomo dlaczego o 3 rano i pies, który chyba ma zwidy nocne i przeraźliwie skowyczy (może uwielbiają go nietoperze), a bo i nietoperze mają tu siedzisko. Na plaży są nocne muzyki (dobrze, że tylko w sobotę i niedzielę).


Cudownie niesie po nocy. Nocne życie rozpoczyna się o 23-ciej i trwa do 2-3 nad ranem. I siedzą wszyscy i starsi i młodzi i dzieci. Kolacja, muzyka, piwo, wino i rozmowy.
Po wieczorze sąsiadów następnej nocy mieliśmy noc kreteńską - tańce ludowe w wykonaniu lokalnych zespołów starszych artystów jak i dzieciaków. A potem tańczyli ci, którzy najpierw się przyglądali. W tany ruszyli wąsaci panowie, młodzież i dzieciaki. Ci ostatni byli super. Pokazywali układy taneczne przez siebie opracowane .
Byliśmy gdzieś do 2-giej i dalej wymiękliśmy, a oni wzdłuż ulicy ustawili stoły i bawili się pewnie do rana.





Nie wiedzieliśmy o tej imprezie, bo pop nic nam nie powiedział i siedzieliśmy długo na plaży czekając na zachód słońca. A zachodziło około 21-szej. Potem mycie się z soli i na festyn dotarliśmy dobrze po dziesiątej, a której wróciliśmy naprawdę nie wiem. Późno. I następnej nocy znów to samo, może w wykonaniu bardziej lokalnym, ale za to o wiele głośniejszym. Ale wcześniej plaża na której oglądaliśmy zachód słońca ma prawo być wspomniana. Fallasarna.




Dwa lata temu nie dojechaliśmy do niej.  A czemu? Zjechaliśmy już na drogę, z której skręca się na plażę, ale Misiek nie dawał żadnego polecenia skręć tu, albo tam jedziemy i tak dojechaliśmy do końca miejscowości i do
końca cypelka. I na środku placyku Misiek zrobił mi drakę, że jadę jak szalona (40 km na godz.) i nie patrzę gdzie itd.... To ja spokojnie zawróciłam, przejechałam jeden wjazd na plażę, drugi i tak dojechaliśmy do Kissamos i wylądowaliśmy na plaży miejskiej, która okazała się super - bez ludzi, z cieplą wodą, falami. Tyle, że do wieczora nie rozmawialiśmy ze sobą. Teraz dotarliśmy. Ludzi dużo, ale znośnie (nadal twierdzę, że jest o wiele mniej turystów).
Fale wysokie, morze ciepłe, no i potem ten zachód słońca. Warto było.
Jednak moja ukochana plaża i tak bije wszystkie na głowę. Elafonisi. Siedzieliśmy cały dzień i jeszcze mi mało.
Woda ciepełko, raz po kostki, potem kolana, do pasa i ciut wyżej i znów po kostki. O przezroczystości to już nie piszę. Widać. Za to dużo polaków.
Ale teren tej plaży, zatoki jest tak rozległy, że naprawdę nikt na siebie nie wpadał, chyba że chciał. Czasami było mi dziwnie chodzić tak samej, wokół żadnych ludzi, tylko woda i piasek.




Wracając zrobiliśmy zdjęcie widocznej szutrówki, którą jechałam do rodzinnej wsi Miśka. Może za dużo powiedziane rodzinnej, bo jego dziadkowie z Krety przenieśli się do Salonik, ale tu na Krecie odnaleźliśmy rodzinę od dziadka brata. Mieszkają w Kissamos, a w Sklawopula (Niewolniczka) mają też gospodarstwo - oliwki, owce, winorośl .
Pierwszy raz wjechaliśmy właśnie od Elafonisi i GPS wskazał nam tę drogę - 21 km , ok , ale nie wzięliśmy pod uwagę, że to w górach i droga, która początkowo (widać to na zdjęciu) zakosami pnie się w górę, potem zmieniła się w ostre podjazdy. My mieliśmy dżipa, ale i tak dwa razy mi gasł i ruszałam z ręcznego mając duszę na ramieniu, a stromiznę za sobą, bo oczywiście było to na zakręcie , a za nami jechał syn Miśka z  dziewczyną i jechał Peugeotem 107 i dawał radę tylko jedynką. Ale dojechaliśmy. Cały czas tylko myślałam jak ja wrócę?
Na szczęcie prowadziła tam piękna asfaltowa droga, tylko trzeba było objechać górę od drugiej strony. A ta droga, którą wjechaliśmy służyła tylko do przeganiania kóz i nikt tamtędy od lat nie jeździł .W tym roku tam nie pojechaliśmy, z rodziną spotykamy się na dole.


Dziś przedostatni dzień w Kissamos. Jeszcze tylko wizyta w Chania po drobne prezenty i jutro w drogę. Iraklion, potem Saloniki, przesiadka w Wiedniu i Warszawa. Domek, córcia, psina i koty.
Grecy sa bardzo ciekawi jak nam się żyje. Jak im mówimy, że nie jest tak dobrze są zdziwieni, tak o nas piszą w samych komplementach, a że kłócimy się politycznie, to normalka. Bez tego nic się nie da zrobić. Musi być ktoś, kto krytykuje, no ale najlepiej, żeby tez miał pomysł co zrobić żeby było dobrze. A jak nie ma, to można się nim nie przejmować.
Tu rzeczywiście widać, że jest kryzys. Sporo rzeczy jest przecenionych.
Inne usługi jak parasol na plaży, czy picie też na plaży jest droższe, bo wiadomo, to weźmiesz, bo co innego ci pozostaje.
Wracając z Elafonisi mijaliśmy knajpki w których było pusto. Kiedyś tak nie było. Teraz hotel, w którym masz wykupiony pobyt z jedzeniem, jak jedziesz gdzieś na cały dzień daje ci prowiant. Możesz skorzystać lub nie
ale jak masz gdzieś płacić to zjesz na plaży, czy się zatrzymasz w jakimś miejscu widokowym i tam coś przekąsisz. Grecy są niezadowoleni, że wchodzi na ich rynek obcy kapitał. Jak się otwiera supermarket widzę
konkurencję i np. mają swoje sklepiki otwarte do późna w nocy. Ciekawe co by powiedzieli na TESCO otwarte 24 godziny na dobę. 
Chodząc nocami po uliczkach nie mogę się wciąż nadziwić, że tam wszystko stoi na zewnątrz. Stoliki, krzesełka, donice z kwiatami, jakieś ozdoby. W starym zabytkowym kościółku świeczniki, ikony, świece. Nikt nie zamyka drzwi. Tylko my turyści zamykamy przed innymi turystami.



Jeszcze jedna wizyta u rodziny, pakowanie i jutro odjazd. Za ciepełkiem, wodą, plażą będę tęskniła, ale za komarami i kogutem NIE . :)

Mam w głowie kilka pomysłów co zrobić z decoupage po przyjeździe. Trochę podpatrzyłam, trochę wymyśliłam.

O roślinkach, kwiatkach, o zwierzątkach o kuchni i jedzeniu też coś skrobnę. .




7 komentarzy:

  1. Ale cudne wakacje:) i to morze, zazdroszczę!
    Pozdrawiam niebiesko:)

    OdpowiedzUsuń
  2. zazdroszczę, od wielu lat próbuje się wybrać do Grecji

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, wspaniała podróż:) Aż chciałoby się tam być...

    OdpowiedzUsuń
  4. tylko pozazdrościć, świetne fotki- i to morze ..... za którym tak tęsknię

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmmm... Zamyśliłam się, wspomnienia,wspomnienia.Ach te widoki i ta atmosfera. Na pewno tam jeszcze wrócę. A Ty pewnie cudownie wypoczęta i pełna wrażeń.Szczerze zazdroszczę.Piękne zdjęcia. Dzięki za wspominki. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniały fotoreportaż. Będzie mnóstwo wspomnień i nowych inspiracji. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

A po nocy przychodzi dzień, a po zimie lato :)